Menu główne
Start
Kontakt
Linki
Duchowość
Duchowość paschalna
Modlitwa
Słowo Życia
Święty Kasper
Patroni
Wspólnota
Zgromadzenie
Ruch kat. WKC
Powołania
Formacja
Apostolstwo
Program - rekolekcje...
Pociąg do Nieba
Dom św. Kaspra
Dom św. Wawrzyńca
Swarzewo
Ożarów Mazowiecki
Łabuńki k/Zamościa
Hospicjum
Wydawnictwo
Parafia
Sanktuarium
Forum
Zagrzeb HR
Piesza pielgrzymka
Rezerwacje On-line
Szukaj
Spotkanie młodych w Częstochowie
Świadectwo ks. Willego Kleina CPPS Drukuj Email
Wpisał: CPPS   
09.09.2006.
ImageChcę spróbować opowiedzieć wam, co przeżyliśmy w ostatnich latach w Bośni i Chorwacji. Nie chcę jednak mówić o wojnie, która jest o wiele straszniejsza, niż można to sobie wyobrazić. Chcę spróbować zobaczyć te wszystkie sprawy przez Krew Chrystusa.

Kilka lat temu zdecydowaliśmy w naszej prowincji, że rozpoczniemy misję w Bośni, by pomóc mieszkającym tam katolikom. Katolicy w Bośni mają bardzo specyficzną historię. Już od kilku stuleci znajdują się w centrum różnych konfliktów i muszą stawić czoła różnym wrogim siłom. Ujrzeliśmy tam Kościół, który krwawił, samego Jezusa, który przelewał swoją Krew. Zamieszkaliśmy w diecezji Banja Luka i zbudowaliśmy tam centrum duszpasterskie. Byliśmy małą wspólnotą młodych ludzi, ale nadeszła wojna i rozbiła wszystko. To, co nas tam spotkało, dotknęło całą diecezję, która praktycznie przestała istnieć. Z kilkoma kandydatami udaliśmy się do Zagrzebia i tam kontynuowaliśmy formację. Mieliśmy tam duży dom, ale zaraz po naszym przybyciu pojawiło się mnóstwo uchodźców, którzy zapełnili dom. Wojna przybliżała się i każdego dnia docierało do miasta kilka tysięcy uchodźców. Miałem wielu przyjaciół w Szwajcarii, Austrii i Niemczech, którzy wiele nam pomogli - mogliśmy uratować wielu uchodźców i pomóc im przetrwać najgorsze. To trwa zresztą aż do dzisiaj.

Nasza ówczesna wspólnota w pewien sposób zamarła. Zostało nas tylko dwóch, Eliasz i ja. Przeżyłem bardzo ciężko tę sytuację. Z jednej strony było mnóstwo pracy ze względu na tych wszystkich więźniów. Była zima, a oni często mieszkali na ulicach lub w zimnych pomieszczeniach, i to razem z małymi dziećmi.
W tym samym czasie przychodzili do nas młodzi ludzie, żołnierze i inni. Przyszedł kiedyś młody chłopak, który tak bardzo chciał bronić swojej ojczyzny, że kiedy zakończyło się to klęską, był już praktycznie nerwowo chory. Wciąż płakał i opowiadał o swoich przeżyciach. Zabijał ludzi i to było dla niego najgorsze. Z jego 160-osobowego oddziału przy życiu pozostało tylko dziesięciu. Ale zauważyłem, że w jego sercu mimo wszystko nie ma nienawiści – żył Ewangelią i wiedział, że nie wolno mu nienawidzić. Inny, 18-latek, musiał walczyć we wrogiej armii. Zdezerterował, przeszedł przez linię frontu i udało mu się przeżyć. Inny przyszedł z Bośni, gdzie miał być zmobilizowany do armii przeciwnika; uciekł i szedł pieszo dwa tygodnie.

To wszystko działo się ogromnie szybko i coraz bardziej mnie przytłaczało. Wciąż widziałem ludzi zastraszonych, przerażonych i nieszczęśliwych, często chorych duchowo. Czułem jednak, że nie mogę uciec, ale muszę razem z nimi nieść ten ciężar. Wiedziałem, że tu w Polsce Krew Chrystusa naprawdę żyje we Wspólnocie, i to dodawało mi sił. Byłem jednak coraz słabszy zdrowotnie, bo ciężar był ponad siły. Widziałem, że tak nie może być dalej. Wtedy było ze mną jeszcze dwóch studentów. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić, bo prowincjał powiedział, że powinienem wrócić do Lichtensteinu, dla nabrania sił. Doszliśmy do wniosku, że nasza wspólnota nie utrzyma się dłużej. Jeden z nas, który był już dość zaawansowany w studiach, zdecydował się przejść do diecezji. Musiałem mu powiedzieć: nie wiem, co będzie z naszą wspólnotą, być może już tu nie wrócimy. Głęboko w sercu czułem, że mam żyć powołaniem Krwi Chrystusa, ale po ludzku patrząc, straciłem odwagę. Nie mogłem już jeść, pić, myśleć... Nie mogłem też spać i to był po prostu koniec. Powiedziałem wtedy do Eliasza, który miał wtedy chyba 15 lat: „co teraz zrobisz?” Zastanowił się krótko i powiedział: wierzę, że będziemy tu dalej. Uwierzyłem w to i powiedziałem: dobrze, więc idź do diecezjalnego niższego seminarium, pozostaniemy w kontakcie i wierzymy, że mamy przyszłość przed sobą. Tak się rozstaliśmy.

Poszedłem do szpitala i spędziłem tam sporo czasu. Dłuższy czas nie było wiadomo, czy wrócimy, czy nie. Teraz okazało się, że chyba będzie tak, jak powiedział Eliasz. Możemy być tutaj w Polsce przez kilka lat, dopóki nie staniemy na własnych nogach i nie nabierzemy sił. Potem jednak chcemy wrócić do Chorwacji, by tam szukać, zbierać i pokazywać ludziom Krew Chrystusa. Jestem teraz bardzo szczęśliwy, bo czuję, jak przez te wszystkie lata prowadziła nas Opatrzność Boża. Nasze plany nie zostały zrealizowane, ale pszenica musiała obumrzeć, aby przynieść inne owoce. Teraz jestem ciekaw, jak Bóg nas dalej poprowadzi.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2012 Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa